Część XI

. Owszem, znaleźliśmy kemping zamaskowany w metrowej trawie, opuszczony, gdzie chyba diabeł nie chciał spać. Trzydzieści drewnianych domków, otwartych, dwuosobowych, z materacami w środku czekały na takich turystów jak my. Ja sobie wybrałem z moim motocyklem jeden domek a ojciec drugi. W trzecim urządziliśmy sobie jadalnie z salonem. Ktoś przyjechał wieczorem pilnować budynków hotelowych, obok ale do pilnowania były tam tylko kafelki i parkiet. Świtem wyprowadziliśmy nasze rumaki z miejsc parkingowych obok pryczy i ruszyliśmy do Sighishoary. Wjeżdżając do miasta jak zwykle nie mieliśmy problemów gdyż kierowcy na wszelki wypadek ustępowali nam drogi widząc „policyjne” kamizelki. Widząc polskie tablice podszedł do nas starszy pan i piękna polszczyzna nas przywitał. Wykorzystaliśmy to prosząc go o oprowadzenie nas po starym mieście za niewielką opłatą. W ciasnej uliczce, nieopodal parkingu, nasz przewodnik poprosił o wpuszczenie naszych motocykli za ogrodzenie prywatnej posesji. Przez kilka godzin mieliśmy zabezpieczone motocykle. Dla motocyklisty jest to zawsze problem, bowiem zwiedzać musieliśmy na zmianę tak aby zawsze jeden pilnował maszyn. Położona w samym sercu Rumunii niewielka Sighişoara to niezwykłe miasto. Średniowieczne Wzgórze Zamkowe, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO, na każdym robi ogromne wrażenie – nieprzypadkowo właśnie tutaj odbywa się słynny festiwal średniowiecza. Otoczona murami i zdominowana przez charakterystyczną wieżę Zegarową Sighişoara (węg. Segesvár, niem. Schässburg; niecałe 40 tys. mieszkańców) bywa nazywana rumuńskim Carcassonne, ale częściej po prostu Perłą Transylwanii. Przykro nam było nie mogąc znaleźć na galerii wieńczącej wieżę “drogowskazu” z ilością kilometrów do Warszawy. Rzecz w tym, że na poręczy były tabliczki z kierunkiem do wszystkich stolic Europy i świata. A może nie wiedzą, że Polska leży w Europie?