Część IV

W miejscowości Timar, sennej i spokojnej, ładnej wiosce spytaliśmy się na migi o kemping. Człowiek z wędką pokazał nam ręką kierunek jazdy. Po 2 km pokonywania gruntowej drogi zatrzymaliśmy się przy 50 osobowym pikniku. Przy ławach i stołach ustawionych w szczerym polu obok małej przystani promowej, pito, jedzono i bawiono się. Myśleliśmy, że trafiliśmy na jakieś wesele pod chmurką. Kilka osób znających angielski powiedziało, że kemping jest dalej, ale możemy przy nich zanocować, i bez pytania wjechały talerze i kielichy z węgierskim winem. Pierwsze lody zostały złamane. W tym momencie wytłumaczono nam, że jest to Dzień Świętego Stefana (święto narodowe), pierwszego władcy Węgier z XI wieku. Co roku Węgrzy zbierają się w mniejsze lub większe grupy świętując hucznie. Oczywiście były rozmowy o naszych motocyklach. WSK przypominała im trochę Panonię. Gdy usłyszeli, że znamy parametry ich narodowej Panonii, znamy historie Ikarusa, generała Bema oraz Sandora Petefiego, to wszelkie lody pękły i w praktyce sprawdziło się powiedzenie „Polak, Węgier dwa bratanki..” Zabawa trwała do 2 w nocy. Byliśmy tak zmęczeni i dobrze nakarmieni, że usnęliśmy w śpiworach pod gwieździstym niebem. Byliśmy zdumieni rankiem, gdy po całej imprezie nie było nikogo i najmniejszego śmiecia tylko my w szczerym polu. Dobrze, że nie poszliśmy w nocy się umyć, ponieważ rzeczka miała 100m szerokości i kilkanaście głębokości a gościnność Węgrów była naprawdę upojna. Jeszcze bardziej byliśmy zdziwieni, gdy na to pustkowie rano przyjechało z powrotem 10 Węgrów i zaczęli rozkładać na nowo stoły, grzać w kadzi gulasz i przygotowywać śniadanie. Sądziliśmy, że jest to ciąg dalszy poprzedniego wieczoru. Po wspólnym śniadaniu, gospodarze szybko uprzątnęli stoły. Wtedy zrozumieliśmy, że specjalnie dla nas przyjechali w niedzielę rano chcąc nas ugościć na drogę i życzyć powodzenia.