Część XIII

Ponieważ gwałtownie spadła moc WSKi, podejrzewałem, pękniecie pierścieni. Na szczęcie okazało się to nieprawdą a jakość gładzi cylindra i tłoka były bez zarzutu. Problem tkwił w zabrudzonym gaźniku. Różna jakość paliwa była przyczyną awarii. Uderzając o kamień kolanko wydechowe w MZ zostało wręcz wyrwane z gwintu cylindra a prawy podnóżek będący jednocześnie podstawą silnika został mocno wygięty. Wtedy też zorientowaliśmy się, ze ojciec zgubił plecak z aparatem, mapami oraz palnikiem do butli. Rozpocząłem naprawę a w tym czasie ojciec poszedł do najbliższych zabudowań. Zastał tam Węgrów z Budapesztu, dla których ten dom był ojczystym domem dziadków. Przy dobrym winie i ciepłym poczęstunku zaczęli tłumaczyć gdzie sa węgierskie wioski, ich historię powstania i upadku. Zaopatrzyli nas w wodę i chleb domowego wypieku. Ucieszyli się wiedząc nas następnego dnia przy śniadaniu. Ponieważ gospodarz był myśliwym wytłumaczył nam ze w nocy mieliśmy wizytę rodziny niedźwiedziej. Rzeczywiście wydawało się nam, że ktoś chodzi koło domu, ale nie zwracaliśmy na to uwagi. Nasi wspaniali Węgrzy pilotowali nas do Suseni, małej wioski, zamieszkałem przez Madziarów. Ugoszczono nas serdecznie w jednym z domów. Gospodarz był muzykiem i z zainteresowaniem obejrzeliśmy kolekcję narodowych instrumentów. Otwartość i radość tych ludzi, że mogli przyjąć kogoś z daleka w swym domu była zdumiewająca. Nasz wyjazd w związku z tym, opóźnił się o kilka godzin. Czekały nas zachwalane przez przyjaciół Węgier zjawiska przyrody w Karpatach Wschodnich – w górach Ceahlau. Rzeczywiście Czerwone Jezioro- Lacul Rosu, skały z wijącą się miedzy nimi drogą do Bicaz, trudno opisać. To tak jakbyśmy się nagle znaleźli w Pieninach tylko dwa razy większych i wyższych. Mijając po lewej stronie szczyt 1900m n.p.m gór Ceahlau, zjeżdżamy nad sztuczne jezioro Izvorul Montelui z wielką, przedwojenną elektrownia wodną.