Przygotowanie motocykli

Mój motocykl był teoretycznie po remoncie, gdy go kupowałem. Na wszelki wypadek rozłożyłem go na czynniki pierwsze i okazało się,ze remont sprowadzał się do wymiany pierścieni, świecy oraz umycia motocykla. Cały okres zimowy poświeciłem silnikowi /rzeczywisty remont tzn. szlif wału, cylindra, dobre łożyska, i oczywiście wszystkie zębatki z wodzikami w skrzyni biegów. Chromowanie, lakierowanie oczywiście na czarno, dorobienie stelaży pod sakwy boczne zakończyło w lipcu rzeczywisty remont.
MZ ES250 /2 ma generalnie niezłą opinię jako motocykl klasy ciężkiej, niezawodny, nieskomplikowany jeżdżący przez wiele lat w jednostkach MO w Polsce oraz Niemieckiej Republice Demokratycznej. Do dzisiaj w magazynach, obecnie policyjnych, można trafić na wyprzedaż nowych części zamiennych. Na wszelki wypadek, nie ufając do końca w „niezawodność” produktu NRD ojciec poddał MZ- tkę identycznej procedurze jak WSK. Tym razem należało regenerację wału i odtworzyć instalacje elektryczną. W obu motocyklach po włożeniu przewodów na właściwe miejsce /wielu było kombinatorów wcześniej/ wszystkie końcówki zaopatrzyliśmy w nowe konektory lutowane i izolowane. Sprawdzenie łożysk motocyklach kołach, centrowanie i malowanie zakończyły przygotowania. Podczas późniejszej eksploatacji okazało się ze było to bardzo ważne posunięcie gdyż szybkie zgniecenie kabli nie daje gwarancji dobrego przepływu prądu. Dla własnego bezpieczeństwa zamontowaliśmy kierunkowskazy, których nie było / w ostatecznym rozliczeniu i tak nie działały z przyczyn niezależnych od nas/. Oprócz nakładów finansowych i wielu godzin pracy byliśmy nagradzani całymi godzinami śmiechu, ponieważ praktycznie każda czynność wymagała większych lub mniejszych przeróbek po poprzednikach. Tyle patentów, obejść, mostków, uproszczeń znajdowaliśmy w tak małych obiektach jak motocykl, że napawało nas przerażeniem i jednocześnie dumą, ze Polak potrafi, i nie boi się jeździć tym jak szlachcic. Nie wystarczyło już czasu na dotarcie i sprawdzenie naszych polsko- niemieckich rumaków. Najwięcej kłopotów mieliśmy z zamocowaniem bagażu. Najważniejszym było ile wziąć kilogramów części. Przyjazne dusze radziły nam zabrać cały silnik do WSK i nic do MZ. Dwa namioty kilka menażek,butla z gazem, kilka ciuchów i… breloczek do św. Benedykta. Wszystko zmieściliśmy w dwa plecaki, jedną torbę, dwie sakwy i przypięte dwa namioty. Z części wzięliśmy podstawowy zestaw kluczy, druty, śrubki, dętki, pierścienie.
Bardzo istotną rzeczą był ubiór. Solidne dwuczęściowe skórzane kombinezony i żółte kamizelki odblaskowe do jazdy przez cały dzień. To był strzał w dziesiątkę, który bardzo nam pomógł w całej podróży.